Jako nastolatek udałem się do Grudziądza w lutym ’45, wyruszywszy z miejscowości podwarszawskiej już w niewiele dni po wyzwoleniu. Moim Zamiarem było szukanie pomocy u moich grudziądzkich krewnych. Podróż trwała szereg dni; jak przystało na owe czasy tylko jej część mogłem odbyć pociągami (sowieckimi towarowymi). W podgrudziądzkiej wsi Marusza wszystkich maruderów sowieci zawracali, bowiem za wsią była linia frontu, trwały walki o „kocioł” Festung Graudenz.

Życzliwa wieśniacka rodzina użyczyła mi gościny, umożliwiając doczekania zakończenia walk. Ba, warszawskiego włóczęgę gruntownie odwszyli (choć może tylko „z grubsza”) i odkarmili. Okres wyczekiwania w Maruszy stanowiłby dla mnie rodzaj wypoczynku, gdyby nie nieustanna aktywność pobliskiej sowieckich baterii katiusz.




Pierwszego dnia po zakończeniu walk (być może był to 7. marca) udałem się do wyzwolonego miasta.
Późnym popołudniem, już o zmierzchu dotarliśmy z grupą b. więźniów obozu koncentracyjnego na przedmieście Grudziądza. Na rogatce miasta (posterunek wojskowy ze szlabananem na ul. Chełmińskiej) tylko pobieżna kontrola (moi współtowarzysze mieli częściowo obozowe pasiaki). Od rogatki zmierzałem do śródmieścia ulicami Chełmińską i Toruńską. Przeżycia czasu wojny w Warszawie, a zwłaszcza powstania, znieczuliły na obrazy zniszczeń, mimo to widok tego niegdyś przytulnego, spokojnego, miłego sercu miasta, z którym związana była część mojego dzieciństwa, był żałosny – ruiny, zgliszcza, ulice zalegały gruzy i zwłoki żołnierzy niemieckich, wokoło wciąż jeszcze szalały pożary. Nie bez trudu dobrnąłem do śródmieścia. Dawne reprezentacyjne centrum (otoczenie obecnego pl. 23-go Stycznia) legło w gruzach, w miejscu dawnego mostu przez Trinkę widniała wielka pryzma gruzu powstała z sąsiadujących z mostem zburzonych domów. Wzdłuż zboczy brzegów tej małej rzeczki widniały rzędy zwłok SS-manów leżących przy swoim sprzęcie bojowym. Na ulicach trwał ożywiony ruch pieszy sowieckich żołnierzy (ulice były nieprzejezdne), tylko tu i ówdzie truchtem przemykali wśród Rosjan umęczeni, zatroskani Grudziądzanie.
Z trudem dotarłem na ulicę Groblową, gdzie mieszkali moi krewni. Wujostwa nie zastałem. Drzwi do wujostwa mieszkania, jak zresztą i do większości mieszkań tego domu, były ordynarnie wyłamane, mieszkania splądrowane, a fekalia na podłodze były nieomylnym znakiem bytności krasnoarmiejców. W zewnętrznej ścianie pokoju mieszkalnego wujostwa widniała olbrzymia wyrwa po uderzeniu pocisku armatniego.

Szczęśliwie zastałem innych moich krewnych na ul. Strzeleckiej i Nadgórnej. Ci na ul. Nadgórnej, jak zresztą mieszkańcy wielu grudziądzkich budynków, wciąż jeszcze żyli w quasi-schronach – w piwnicy. Dobrze mi to znane z Warszawy z września ’39 i z powstania.
„Zorgowni” jak zawsze Grudziądzanie, byli do oblężenia nieźle przygotowani; jeszcze przez długie tygodnie panującego w mieście po wkroczeniu Rosjan chaosu, nie funkcjonującego zaopatrzenia i totalnej dezorganizacji życia miasta i jego mieszkańców, nie cierpieli głodu (głodu w znaczeniu, jaki zaznałem w czasie okupacji w Warszawie).
Atrakcja czasu wojny: Na środku wielu grudziądzkich ulic leżały pryzmy różnego rodzaju broni – palnej i białej; wojskowej, myśliwskiej i pojedyncze sztuki iście muzealnych strzelb i szabli. Jedno z pierwszych zarządzeń sowieckich władz wojskowych nakazywało bowiem zdawanie wszelkiej broni palnej i białej. Korciło mnie „zorganizowanie” sobie co ciekawszych egzemplarzy tej broni, byłem jednak świadom, że nie mógłbym liczyć na wyrozumiałość moich grudziądzkich krewnych. Rozsądek mnie nie opuścił i nawet te najatrakcyjniejsze egzemplarze broni pozostały na swoich ulicznych gromadach. Nie mogłem się jednak oprzeć pokusie, aby w tych cackach nie pogmerać, nie „poprzymierzać” się do nich. Często jednak tę zabawę przerywali mi nie Rosjanie (broń nie była pilnowana), a zgorszeni przechodnie. Owe pryzmy broni leżały na ulicach jeszcze przez wiele tygodni, nim Rosjanie – wrzuciwszy je na samochody jak kartofle – nie zwieźli ów sprzęt najpierw do niegdysiejszego lokalu sklepowego na rogu Pietruszkowej (przy Rynku Zbożowym), a po kolejnych tygodniach wywieźli wszystkie „cacka”. Zapewne do Rosji.




One thought on “Wspomnienia z 45-go…

  1. Moi Dziadkowie i Rodzice byli z Grudziądza. Dziś są na cmentarzu. Pojutrze ich odwiedzę. Zam Grudziądz z okresu mojej młodości , chodząc do szkół. Lata 1948 do 1970. Mieszkałem w Bratwinie za wałem z drugiej strony Wisły.
    Obecnie jest pięknie odbudowany i rozbudowany. Osiedla jedno po drugim powstawały , które są widoczne już daleka np Kalinkowa.Pozdrawiam wszystkich Grudziądzan a zwłaszcza tych z rodziny tam mieszkających.
    Piotr

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *